Dodatek specjalny
WP Dodatek specjalny Partner wydania
Robert Lubański , 23 października 2018

Zafunduj sobie awans. Podróżuj w klasie biznes

Partner wydania
Dużo latasz służbowo? Jak traktujesz podróże lotnicze? Jak czas stracony czy jak czas na nadrobienie pracy koncepcyjnej, odpowiedzi na maile czy oglądanie seriali, na które nie miałeś czasu? A może męczą Cię godziny spędzone na lotniskach, w kolejkach do kontroli, podczas oczekiwania na bagaż? Nuży plastikowe jedzenie, niewygodne fotele i nieuprzejma obsługa? Jest na to metoda...

Niestety jest ona kosztowna: zakup biletów lotniczych w klasie biznes albo klasie pierwszej. Komfortowe siedzenia, miła obsługa, wygodne poczekalnie lotniskowe z wielkim wyborem jedzenia i trunków. Znacznie lepsze posiłki na pokładzie i, co najważniejsze, omijanie kolejek na lotniskach. Niestety, w przyrodzie nie ma nic za darmo... Takie bilety kosztują znacznie więcej.

PRAWDZIWE KOSZTY

Każdy chciałby latać stale w klasie biznes i każdy wolałby luksusowe, wygodne auto służbowe zamiast taniego i nudnego. Gdyby światem nie rządzili księgowi, może byłoby to prostsze... Ale przyjrzyjmy się sprawie dokładnie.

W kwestii biletów lotniczych możemy doradzić jedno. Zbieranie mil na karcie kredytowej powiązanej z danym aliansem lotniczym i wydawanie ich na tzw. "upgrade'y", czyli podwyższenie klasy podróży. To w sumie o tyle proste, że każdorazowa płatność taką kartą przynosi nam mile, tak samo jak każda odbyta podróż.

W kwestii doboru odpowiedniego auta... sprawa jest odrobinę bardziej skomplikowana. Przynajmniej pozornie. Rynek samochodowy bowiem dawno odkrył, że inicjalny koszt zakupu auta to nie wszystko. Założenie, że zakup kończy łańcuch kosztów jest naiwne – bo to tak naprawdę ich początek.

Przed użytkownikiem auta cały wachlarz wydatków – aż do sprzedaży samochodu następnemu użytkownikowi. Nazywa się to TCO, czyli Total Cost of Ownership (ang. całkowity koszt posiadania). Samochód, który jest początkowo tańszy, ale zbudowany w mniej doskonały sposób, taki, który wymaga większych i nieprzewidzianych wydatków serwisowych, który ma krótszy i obwarowany ograniczeniami okres gwarancji, w efekcie kosztować będzie więcej.

Źródło: materiał partnera

Eksploatacja to przecież nie tylko podatki, paliwo i okresowa obsługa serwisowa, ale także immanentna niezawodność samochodu, uzależniona od jakości pracy inżynierów i jakości fabrycznego montażu.

W przypadku nowego Lexusa ES, auta zbudowanego na podobieństwo flagowego modelu LS, o jakość nie trzeba się martwić: całe auto powstaje zgodnie z japońską filozofią Hadori, stosowaną przez prawdziwych mistrzów tworzenia samurajskich mieczy. W produkcji samochodu biorą udział ludzie zwani Takumi, którzy stanowią skrzyżowanie doskonałych rzemieślników ze znawcami najnowszych technologii i którzy dbają o to, by samochód zadowalał użytkowników przez lata.

Jeśli wybierzemy wersję z napędem hybrydowym, nie tylko będziemy mniej oddziaływali na środowisko, ale też oszczędzimy na kosztach eksploatacji. Konstrukcja hybryd jest paradoksalnie bardzo prosta, co sprawia, że koszty serwisowania są niskie, a do tego bez trudu spełniają normę Euro 6d-TEMP.

Z kolei cała „elektryka”, czyli silnik i baterie, nie wymaga żadnych zabiegów serwisowych. W hybrydach wolniej zużywają się też hamulce, ponieważ układ hybrydowy odzyskuje energię także podczas zwalniania. To znaczy, że klocki hamulcowe wymienia się dopiero po przejechaniu 80-100 tys. km. Hybryda nie ma klasycznego rozrusznika ani sprzęgła, co obniża koszty ewentualnych napraw. Na baterię producent daje gwarancję nawet do 10 lat! To wszystko składa się na fakt, że samochód z takim napędem, szczególnie marki premium, jak na przykład Lexus ES, znacznie mniej traci na wartości.

A to wszystko oprócz oczywistych oszczędności na kosztach paliwa. Hybrydowy ES nie jest wcale droższy niż porównywalny samochód wyposażony w silnik diesla, a jego zużycie paliwa potrafi być takie samo bądź niższe - zależnie od warunków, w jakich go użytkujemy.

NO WŁAŚNIE, CO POTEM?

Elementem TCO jest także tak zwana wartość odsprzedażna, czyli suma, za jaką można sprzedać auto po zakończeniu danego okresu użytkowania. Niektóre marki lepiej utrzymują wartość po dużym przebiegu – zapewniają bowiem nowym właścicielom większy spokój ducha.

Pozornie tańsze samochody dają chwilowe złudzenie oszczędności, ale długofalowo generują większe straty i są mniej opłacalne jako narzędzia pracy. Zatem warto przyjrzeć się nowemu, supernowoczesnemu Lexusowi ES, który jest przez importera szczególnie korzystnie wyceniony (podstawowa wersja, bardzo bogato wyposażona zaczyna się od 204 900).

Dzięki kredytowi czy leasingowi SmartPlan – czyli instrumentom finansowym nastawionym na niską miesięczną ratę, taki samochód, choć pozornie drogi, staje się bardzo atrakcyjną propozycją. Wpłata własna może wynosić nawet 0%, okres finansowania od 24 do 48 miesięcy, a jeśli nie chcemy spłacać samochodu do końca - czyli pod koniec leasingowania go dla siebie "wykupić - możemy go wymieniać na nowy nawet co 2-3 lata.

Dzięki temu możemy stale użytkować praktycznie nowy samochód, który zapewnia niezawodność i bezpieczeństwo. Ponadto tym samym stać nas na samochód znacznie wyższej klasy lub lepiej wyposażony, przy czym płacimy miesięczną ratę o tej samej wysokości co w leasingu lub kredycie standardowym.

Warto sobie na koniec zadać istotne pytanie. Dlaczego przez całe życie latać w klasie ekonomicznej, cierpiąc niewygodę, zamiast zapewnić sobie upgrade do klasy biznes, wydając tak naprawdę tyle samo albo mniej? To podejście sprawdzi się zarówno przy zbieraniu mil za pomocą karty kredytowej, którą i tak będziemy płacili, jak i przy zakupie samochodu takiego jakim jest np. Lexus ES.